czwartek, 9 lutego 2012. 20:56 | Kategoria: brak kategorii
tagi:

Czasami są takie chwile w życiu że trzeba skorzystać z usług komunikacji publicznej, nie tylko tej miejskiej ale i tej dalekobieżnej. W prasie, czy Internecie przeważają opinie z których przewoźnicy raczej dumni być nie mogą. Ale jednak chyba nie taki diabeł straszny jak go malują. Jestem po sądnym 5 dniu lutego. Wiązał się on z dłuuuugą podróżą po naszym pięknym kraju. Do podróży tej użyłem w jedną stronę autobusu a w drugą naszych cudnych pociągów. Podróż autobusem  przez większą część nocy była nudna jak flaki z olejem. Kilka osób które również jechały tym autobusem spało w najlepsze, a ja jak na złość nie mogłem zasnąć. No cóż. Noce z soboty na niedziele nie często spędzam w łóżku. W dodatku co chwila ktoś sobie o mnie przypominał i zauważał że nie siedzę przy tym barze co zwykle i musiał zaspokoić swoją ciekawość co to mnie od tego baru odciągnęło. I co kilka minut sms lub połączenie. Zasnąć udało mi się na kilka chwil przed docelowym przystankiem. Ale siarczysty mróz postawił mnie na nogi jak tylko wyszedłem z ciepłego autobusu.


Kilka godzin później czekała mnie podróż powrotna. Tym razem wybrałem PKP. I już nie podróżowałem sam, lecz z poznaną wcześniej kobietą. Bardzo mnie zdziwiło że mimo to że biorę udział w takim wyścigu szczurów to można jeszcze spotkać tak sympatyczne osoby. Widocznie miałem szczęście. Od początku czułem się z nią tak jakbyśmy się znali od dziecka. Mimo że dzieliło nas kilka ładnych lat różnicy i to że ona była już doświadczoną zawodowo panią magister… zapomniałem już czego. Pierwsza część podróży pociągiem Intercity… chyba „Wars” się nazywał, upłynęła wspaniale. Żarty, rozmowy na różne tematy, oglądanie nagranych na komórkach filmów i zdjęć. No i cudowny obiad w pociągu. Mówią że w pociągach zimno (skarżył się nawet na to ostatnio ten czarnoskóry poseł PO), brudno i ogólnie beznadziejnie. W tym pociągu wcale tak nie było. Na pewno nie zimno. Wręcz gorąco. Brudno… no nie wiem. Chyba nie. No i można było zjeść i to nie hamburgera czy kebab od turka. Karta dań wagonu restauracyjnego może nie była bardzo bogata ale  i tak pozytywnie mnie zaskoczyła. Zamówiliśmy razem obiad. Ja oczywiście jak zobaczyłem napis „pierogi” to wszystkie inne dania przestały się dla mnie liczyć. I mogę śmiało powiedzieć że pierogi w Warsie warte są swojej ceny. Piwo było jednak ciut za drogie. 8 złotych za małego żywca to jednak chyba za dużo. Ale ważne że było. Dużo czasu spędziliśmy w tym wagonie. No i kelner bardzo się zdziwił gdy poinformowaliśmy go że płacimy osobno. To świadczy że naprawdę świetnie się dogadywaliśmy chociaż kilka godzin wcześniej nawet się nie widzieliśmy. Niestety czekała mnie przesiadka. Trzeba było się pożegnać , pozbierać swoje rzeczy i wysiadać. Wymiana numerów telefonu i postanowienie następnego spotkania na pierogach skończyło tą lepszą część podróży. Następny pociąg nie był już tak dobry jak poprzedni. Tłok niesamowity. Ledwo udało się usiąść. Zimno strasznie, okna skute szronem i lodem. Było bardzo głośno i nie wygodnie. Na szczęście tylko przez nieco ponad 2 godziny. Spędziłem je przeglądając wiadomości  w Internecie. Ale nawet tam się uśmiechnąłem. Bo przecież Therese Johaug wygrała w niedzielę.


Po wyjściu na mój najbardziej zaniedbany dworzec w Polsce skierowałem się od razu do jednego z pubów. Drink na lepsze krążenie i do domu spać. Wszystkim którzy będą mieli okazję podróżować pociągiem Wars relacji Szczecin- Kraków polecam pierogi ruskie w wagonie restauracyjnym.

Tommy Vercetti
środa, 25 stycznia 2012. 16:45 | Kategoria: brak kategorii
tagi:

No no Tommy… Ile to już lat? 24? Nie żartuj sobie. Przecież nie wyglądasz na tyle. No dobra, wyglądasz, ale charakter zupełnie nie przystoi do tak zacnego wieku. Ciągle duże dziecko. Biegasz za czymś nie wiadomo za czym, żyjesz tylko i wyłącznie chwilą, nie obchodzi Cie co będzie choćby jutro. Zawsze uśmiech na twarzy, zawsze wszystko u Ciebie w najlepszym porządku. Znajdujesz  czas dla każdego żeby wyskoczyć z nim na drinka, pogadać, zabawić się. Chociaż wiem że sam przecież masz dużo swoich problemów, choć nie dajesz po sobie tego poznać. Ale przecież za to wszyscy Cię lubią.

Czego mógłbym Ci dzisiaj życzyć stary kumplu. Beztroskiego i łatwego życia, gdzie wszystko jest łatwe i przyjemne. Żebyś nie musiał nadal przejmować się tym co przyniesie kolejny dzień. Obyś dalej był przyjazną duszą dla każdego. Choć chyba za często mówisz to co myślisz. Czasami pewnie niektórych to irytuje. No i życzę Ci powodzenia 5 lutego bo podobno to ważny dzień dla Ciebie. I szczęścia w ilościach hurtowych po tej dacie. Żeby wszystko poszło szybko i po Twojej myśli, tak jak to sobie założyłeś. Żebyś nadal tak często jak do tej pory pojawiał się w swoim barze i nigdy nie musiał przestać tego robić. Przydałaby Ci się też jakaś kobieta. Może w końcu któraś z wielu które poznałeś, albo któraś z wielu które dopiero poznasz wejdzie w tą ryzykowną inwestycję. Wiem wiem… nie wielu w to wierzy że taki lekkoduch jak Ty jest wstanie sprostać takiemu wyzwaniu. Ale przecież nie takie cuda się dzieją na tym świecie. Mam też nadzieję że kiedyś przed Twoim garażem stanie wymarzony Mustang Shelby GT 500. Czarny będzie oczywiście. No i sport. To co jest dla Ciebie najważniejsze. Ty już gwiazdą sportu nie zostaniesz. Swoje lata już masz. Ale życzę Ci żeby Polska wygrała Euro, Lech Poznań zdobył majstra, AC Milan scudetto i Ligę Mistrzów, a Newcastle United rządziło w Anglii. Żeby Johaug była lepsza od Bjoergen, a podczas igrzysk w Londynie nasi przywieźli worek medali. I jeśli jakimś cudem będziesz miał jakąś pracę to żebyś w czasie igrzysk dostał wolne. No nie wiem czego jeszcze Ci potrzeba… zdrowia, szczęścia i pieniędzy. I nadal tak szerokiego grona znajomych i kilku oddanych przyjaciół.

Aha, zapomniałbym. Musisz się dzisiaj jakoś zachowywać wieczorem w tej restauracji. Żebyś jak człowiek wyglądał. Musisz się trzymać. Pamiętaj że jutro do lekarza idziesz.

Powodzenia.
Twój wierny przyjaciel.

Tommy Vercetti
środa, 18 stycznia 2012. 16:40 | Kategoria: brak kategorii
tagi:

Gdy facet spędza większość czasu w domu potrafi nawet zainteresować się obsługą pralki. Mówię o tym bo doświadczyłem tego na własnym przykładzie. Nie jestem całkowicie pewien czy obsługa automatu jest jakimś wybitnym osiągnięciem i czy można się tym pochwalić światu, ale jeśli kiedykolwiek zostałbym pozostawiony na pastwę losu bez opieki jakiejkolwiek kobiety to wiem już, że będę potrafił wyprać dżinsy i t-shirt.

Kilkanaście ostatnich dni spędziłem na walce z chorobą. Nie wiem z jaką ale czułem się paskudnie. Miałem w sobie jakiegoś diabła, który nie pozwalał mi normalnie funkcjonować nawet w domowych warunkach. A wychodzenie poza dom na dłużej niż 40-50 minut było wielkim ryzykiem. Trochę to skomplikowało moje przygotowania do testów, ale jest już lepiej i można się wziąć do intensywnej pracy nad sobą. Poprawiać jest co, a czasu niewiele bo 5 luty już za chwilę. Na szczęście nie brak mi motywacji. Ta monotonna egzystencja w ostatnich miesiącach zdążyła już mi wystarczająco napsuć krwi. Dlatego konieczne są zmiany. A praca nad sobą może przynieść tylko i wyłącznie pozytywne skutki. Musze dać z siebie wszystko, a być może ktoś to zauważy i zostanę w końcu wynagrodzony za swoje cierpienia.

Często słyszę jak ludzie narzekają że muszą wstawać wcześnie żeby zdążyć do pracy, szkoły czy choćby na autobus. Słyszę jak im ciężko, jak im się nie chce i jak zazdroszczą tym którzy mogą leżeć w łóżku do południa albo cały dzień jeśli tylko chcą. A ja zazdroszczę im tego wstawania, jedzenia śniadania w biegu, wracania się do domu bo czegoś się zapomniało, porannego zgiełku na ulicach. Tego mi dzisiaj najbardziej brakuje. Chcę jak najszybciej do tego wrócić. O ile lepiej wchodzi się do baru na drinka po ciężkim i zwariowanym dniu w którym wydarzyło się mnóstwo rzeczy choćby zupełnie głupich, niż po dniu w który był po prostu stracony na bezmyślne gapienie się w telewizor. Teraz zdaję sobie sprawę jak nie doceniamy tego co mamy i nie potrafimy czerpać z tego przyjemności. Wiem że można inaczej i jeśli można trzeba to zmienić.

Nie twierdze też że poranki spędzane w biegu są spełnieniem marzeń. Czasami zdarzają się i takie które na długo pamiętamy. Ja też taki miałem i pamiętam go dokładnie chwila po chwili. Lato, Mazury. Jedno z moich ulubionych miejsc. Otwieram oczy i co widzę. Jeden z najpiękniejszych widoków dla mężczyzny. Kilka centymetrów od moich oczu znajdują się kobiece piersi. Nie nagie ale i tak sprawiły że od razu się uśmiechnąłem. Odwróciłem głowę i popatrzyłem na kolejne dwie kobiety które spały za mną. Było strasznie ciasno. W 3-osobowym namiocie jest ciasno już we trójkę a co dopiero w cztery osoby. Ale za to było ciepło. Przekonałem się o tym wychodząc na zewnątrz. Rześkie powietrze od razu postawiło mnie do pionu. Szybko znalazłem swój nieprzemakalny worek z ciuchami i wsunąłem na siebie bluzę. Spojrzałem na telefon. Było kilka minut po trzeciej. Niebo już jaśniało. Wyruszyłem na poszukiwania gniazdka bo telefon już ostatnimi siłami informował mnie o godzinie. Pole namiotowe było jednak całkiem przyzwoite i z gniazdkiem nie było problemu. Zapaliłem papierosa. W ognisku było jeszcze dużo żaru więc rzuciłem jeszcze kilka kawałków drewna które szybko opanowały płomienie dając przyjemne ciepło. Wszedłem na chwile do swojego namiotu. Cel był jeden. Wiedziałem że musi tam być jeszcze butelka piwa. Znalazłem. Otworzyłem. Kilka łyków z idealnie zadziałało na suchość w gardle. Usiadłem na ławce obok ogniska. Chwilę po tez z namiotu wyszła przyjaciółka. Widocznie też zaskoczyło ją zimno ponieważ szybko wróciła do namiotu. Na chwilę jednak tylko. Kilka sekund później pojawiła się znowu, lecz tym razem z kocem. Usiadła obok mnie. Razem wtuliliśmy się w koc i czekaliśmy na wschód słońca. Bez słowa.


Oby jak najwięcej takich właśnie poranków. Życzę tego i Wam i sobie.

Tommy Vercetti
środa, 4 stycznia 2012. 09:12 | Kategoria: brak kategorii
tagi: dzień tv

W ciągu ostatniego czasu nie potrafię wrzucić wyżeszego biegu. Wysokie obroty są dla mnie nieosiągalne, a każdy dzień toczy się identycznym monotonnym rytmem. Większość czasu spędzam w domu, chociaż bardzo tego nie lubie, a nawet nienawidze. Pierwsze godziny nowego roku upłynęły mi na walce z własnym organizmem, który wyrażał swoje niezadowolenie z mojego sposobu spędzania nocy sylwestrowej. Gdy już doszedłem do siebie, pierwszą rzeczą którą postanowiłem zrobić i która poprawiła mi nastrój na parę chwil była wizyta w moim pięknym barze. Uśmiech barmanki zadziałał na mnie jak bardzo dobre lekarstwo. Zresztą barmanki to chyba jedyne osoby, które uśmiechają się na mój widok. To są świetne kobiety. Zawsze wiedzą czego w danym dniu mi potrzeba i o czym mają ze mną porozmawiać. Czuje że znają mnie dużo lepiej niż najbliższa rodzina. Może dlatego tak uwielbiam przebywać w barach. Ta atmosfera jest chyba stworzona dla mnie.  

Dziś może jednak tam nie zajrze. Zaplanowałem sobie dzień przed szklanym ekranem, na którym będzie tylko i wyłącznie sport. Chociaż już widze z jaką spotka się to aprobtą ze strony matki. Wytrzymam. Przyzwyczaiłem się już do jej narzekań i lamentów. Zresztą czekają na mnie dzisiaj same przyjemne chwile (oprócz wywodów matki). Już przed południe Tour de Ski. Oczywiście będe gorąco trzymał kciuki za naszą Justynę. A nawet biegi narciarskie pod wpływem emocji potrafię oglądać na stojąco. Kibicuje nie tylko Justynie, ale i pięknej blondwłosej Walkirii, czyli Norweżce Therese Johaug. Pewnie wielu kibiców było mnie gotowych za to zlinczować, włączając w to moich znajomych. Ale ona jest fenomenalna i zdobyła moje serce, swoją wolą walki i ambicją. Po południe spędze ze skokami narciarskimi. Nie wykluczam że moge zasnąć. Ta dysyplina jakoś mnie nie rusza. Spojrzenie na tabele wyników spokojnie mi wystarcza. Ale spróbuję. Na wieczór zostawiłem mecz ulubionej drużyny z ligi angielskiej. Moje Newcastle United podejmować będzie Manchester United. Takie widowisko będzie doskonałym ukoronowaniem dnia bez wizyty w barze (ponoć jak nie zjawiam się tam przez trzy dni to zaczynają sie martwić).

Życzcie mi wielu sportowych emocji, bo na inne w najblizszym czasie nie mam co liczyć.

Tommy Vercetti
wtorek, 27 grudnia 2011. 18:59 | Kategoria: brak kategorii
tagi:

Cięzkie ołowiane chmury, które powoli przesuwały się po niebie w pełni obrazują mój dzisiejszy nastrój. Skończyła się świąteczna atmosfera. Wracamy do normalnego trybu życia. Właściwie wiele to nie zmienia. Nadal moim głównym zajęciem będzie siedzenie na dupie. Mimo, że za chwilę będe miał 24 lata i powinienem zająć sie czymś pożytecznym, czymś co przyniesie trochę pieniędzy. Pierwszy dzień poświąteczny upłynął mi w większości na próbach zwiększenia intensywności pracy mojego mózgu. Niestety nie przyniosło to żadnego efektu. No cóż. Do jutra dam sobie spokój z kolejnymi próbami. Zresztą po takim formacie jakiego dokonałem w świeta wcale się mojej głowie nie dziwie że unika jakiegokolwiek wysiłku. Planowałem że przemęcze się w domu, że nigdzie nie wyjdę. Plan udało się realizować do niedzielnego wieczoru. Potem mimowolnie wyszedłem z domu i skończyło się na włóczeniu aż do dzisiejszego poranka. Co się działo? Trudno mi jakoś powiedzieć bo nie wiele udało mi się zapamiętać. Kac nie tylko ten fizyczny ale tez i ten moralny męczyły mnie strasznie. Ten pierwszy jednak zanika, ale drugi nie daje za wygraną...

Tommy Vercetti
sobota, 24 grudnia 2011. 19:11 | Kategoria: brak kategorii
tagi:

Już po kolacji... Uwielbiam pierogi i dla nich mógłbym znieść najgorsze tortury. Na szczęscie w miarę szybko mogłem odejść od stołu i tej gęstej atmosfery i zająć się sobą, tak jak to miało miejsce podczas wcześniejszej części dnia. W te święta wyjątkowo cieszę się z wizyty babci. Z wielką chęcią wsiadłem rano w samochód i czym prędzej udałem się po tą miłą starszą panią. Przecież nie mogła tej wyjątkowej nocy spędzić sama. Nie mogłem też pozwolić na to aby babcią zajęła się inna część naszej rodziny. Pobyt babci na święta właśnie u nas jest chyba ostatnią moją szansą na spokojnego sylwestra bez błagania kogokolwiek o kasę. Zależy mi na tym bardzo. Ale oczywiście cieszyłbym się z wizyty babci nawet gdyby mi tego nie zapewniła. Po prostu dobrze że jest.

Teraz pozostaje czekać na pasterkę. Lubię ten moment  świąt. To właściwie jedyny czas w święta na który warto czekać. Pewnie wszyscy razem udamy się do kościoła. I pewnie jak to bywało na poprzednich pasterkach mój udział w niej na tym się zakończy. Zamiast kościoła wybiorę pobliski mały park, czy choćby parking. Spotkam się ze znajomymi bliższymi i dalszymi którym też nie było po drodze do kościoła. Oprócz nich towarzystwo zapewni paczka papierosów i być może kieliszek wódki. Zapewniam, że mimo tego że jesteśmy daleko od kolęd, modlitw i gromadzenia się wokół choinki, jest to czas magiczny i niepowtarzalny. Rozmowy są zupełnie inne niż te w zwykły szary dzień choć w najmniejszym stopniu dotyczą świąt. Mimo to jest inaczej. Może lepiej niż zwykle...

Tommy Vercetti
piątek, 23 grudnia 2011. 08:55 | Kategoria: brak kategorii
tagi: dzień śnieg

Zaczynam kolejny zimny dzień. Temparatura na zewnątrz -2 stopnie. Tego ranka jestem jednak bardzo zaskoczony jakimkolwiek zainteresowaniem moją poprzednią notką. Musicie wiedzieć że każdy komentarz, zdanie, opinie bardzo sobie cenie.

To nie jest tak że nie lubie świąt. Lubie. Przynajmniej jeszcze rok temu czekałem na te święta, bo w tym roku faktycznie spędze je bardziej sam ze sobą niż z rodziną. Mimo to są momenty w tym „magicznym” czasie kiedy na twarzy pojawia się uśmiech, choćby w środę gdy podczas podróży samochodem gdzie ze oknem sypał śnieg a w radiu usłyszałem... a jakże, oczywiście „last christmas”, kiedy podczas zakupów hipermarkecie ładna śnieżynka z uśmiechem poczęstowała słodyczami (wiem, wiem że za to jej płacą), czy choćby wczoraj gdy odbierałem samochód z warsztatu kiedy to usłyszałem „wesołych świąt” od mechanika. Rzeczywiście takie sytuacje można policzyć na palcach jednej ręki. Ważne jednak że w ogóle się pojawiają. Rok 2011 nie był dla mnie łaskawy i oczekuje jak najszybszego zakończenia tych 365 dni. Nie oznacza to jednak że czymś sie obwiniam czy użalam się nad sobą. Nie jestem tym typem człowieka. Wiem że muszę działać bo inaczej sytuacja się nie zmieni. Jestem w trakcie rekrutacji do dużej znanej firmy. Niestety jest to prawdziwa selekcja z całej masy kandydatów która trwa i trwa w nieskończoność. Swoje szanse oceniam na ok 2%. Dlatego jednak muszę poszukać sobie czegoś mniej ambitnego przynajmniej na jakiś czas.

Czytałem wczoraj inne blogi. Potrzebuje jednak więcej czasu na przeczytanie kolejnych. Jedyne co mogę powiedzieć to to, że ja nie jestem poetą, romantykiem czy zwodowym pisarzem. Nie będe tutaj posługiwał się wyniosłymi metaforami, czy innymi tgo typu środkami. Prosty i łatwy tekst. Taki zawsze pisałem. Przed studiami pracowałem w jednej z gazet jako reporter sportowy, a teraz prowadzę serwis internetowy jednej z mniejszych drużyn piłkarskich. Prowadzę ta stronę społecznie i nie biorę za to ani grosza.

Nie będe się zmieniał i pisał tego czego zupełnie nie czuje. A teraz czas zająć sie rozpoczynającym się właśnie dniem... Dziękuję i pozdrawiam.

Tommy Vercetti
czwartek, 22 grudnia 2011. 18:55 | Kategoria: brak kategorii
tagi: święta
Zakładam bloga... Zakładam bloga w trakcie czasu wyjątkowego. Przynajmniej tak określa się go w środkach masowego przekazu. Pewnie coś w tym jest, może w małej części ale na pewno. Te święta będą dla mnie zupełnie inne niż zwykle, mimo tego że będą wyglądać podobnie. To będą swięta kiedy poraz pierwszy będe tylko na garnuszku u rodziców. Dawniej też byłem ale inacze to wyglądało. Studia, naukja itd. a teraz nie ma studiów, nie ma pracy i nie ma nic. To będą bardzo przygnębiające święta. Ale może kiedyś napisze o nich więcej. Mam nadzieje że dzięki tym zapiskom dam się lepiej poznać zupełnie obcym ludziom. Nikomu nie dam linka do tego blogu. Po prostu niech jest gdzieś w otchłani tej sieci oplatającej cały świat. Widzę że do natki mogę dodać nastrój... Nie mam zamiaru tego robić... Zdjęcie? Może kiedyś będe dodawał moje prywatne fotki. Narazie życze Wesołych Świąt. Ale napisze jeszcze przed... pasterką.
Tommy Vercetti



2011
grudzień (4)

2012
styczeń (3)
luty (1)



_______________________________

szablonet